O naszej kochanej służbie zdrowia napisano już chyba wszystko, ale rzadko z niej korzystam więc może dlatego moje zdziwienie jest większe jak takie rzeczy widzę jakie dzisiaj nas spotkały.
Miejsce : Przychodnia Przyszpitalna Warszawskiego Szpitala dla Dzieci.
Wkraczamy zmoczeni deszczem do ładnego budynku, widać że wszystko odnowione , nowoczesne kaloryferki, świeże korytarze, jasno czysto pięknie. Troche nie pasują do tego jakieś stare pudełka po lekach stojące na parapetach, w których trzymane są karty pacjentów, normalnie to się załatwia przez jakieś regały. Rejestrujemy się do ortopedy wypisując jakiś zbędny kwit i idziemy pod gabinet. Jako że mamy na 13:00 a jest 12:55 , więc pewnie zaraz wejdziemy. Pod gabinetem stado ludzi, pytam kto do ortopedy - wszyscy... hm... No i zaczyna się :
lekarza jeszcze nie ma, więc ci co mieli wizytę na 11:00 siedzą tu od dwóch godzin , może niedługo przyjdzie, bo pewnie robi jakieś operacje.
Usiąść nie ma gdzie, bo nikt nie przewidział takich spiętrzeń.
Powiesić kurtek nie ma gdzie, ukryte trzy wieszaczki odkryję dopiero po godzinie.
Ludzie jacyś dziwni, pytamy kto ostatni to nikt nie odpowiada, a najgłośniej w tej kolejce gardłuje kilkunastoletnia smarkula o kulach, widać że tu pomieszkuje na oddziale szpitalnym, że tu się wchodzi jak się chce. Nosz k... "jak się chce" ? Nikt nic nie wie.
Nabrałem takiej chęci wyjścia, że tylko litość nad Gabą mnie tam zatrzymała, bo normalnie pieprznąłbym drzwiami i uciekał jak najdalej.
Łaskawy doktor Zbiewski nawiedził nas kwadrans po pierwszej, więc już o 14:45 wchodziliśmy do gabinetu. Oczywiście kolejność wchodzenia była na słowo honoru, ktoś mówił że ma na 12:40 i wchodził jak wyszedł ten co miał na 12:20. Pewnie wcisnąłbym się wcześniej gdybym powiedział że jestem na 12:38.
No dobra, ale weszliśmy. Pan doktor nawet na nas nie spojrzał, siedzi i pyka w klawiaturkę, coś drukuje, wkłada jakieś kwity do koperty, po chwili pyta o nazwisko, znowu pyka w klawiaturę , znowu drukuje. Pyta o co chodzi, mówimy , dajemy USG, nawet nie fatyguje się żeby cokolwiek obejrzeć (niby racja, po co , skoro gołym okiem nie widać, ale dla zasady przynajmiej mógłby się wysilić i pozginać to kolano , poruszać udem), i zaczyna nawijać jakimś medycznym slangiem z którego zrozumiałem tylko że "zapalenie kaletki krętarza bocznego/większego w biodrze" (?!?) oraz jakieś "przyparcie boczne rzepki". Żeby to jeszcze mówił do mnie, ale on po prostu kuźwa recytował jakiś medyczny podręcznik dla chirurgów ortopedów, jak karabin.
Powiedziałem, że chcielibyśmy to rehabilitować , więc odparł że jak najbardziej, i że jak nie pomoże to operacja. W ogóle sprawiał wrażenie jakby takich kolan robił dziennie kilkanaście albo i więcej , co pewnie było prawdą. Dał zwolnienie z wuefu na prawie dwa miesiące, kazał przyjść po rehabilitacji i do widzenia. Czas wizyty 5-10 minut.
Na recepcji chcemy się zarejestrować na rehabilitację, ale akurat trzeba poczekać, bo pomimo że plączą się tam trzy baby to pracuje tylko jedna, druga siedzi przyklejona do jakiegoś pasjansa albo kulek na komputerze,a trzecia miota się bez sensu. Ciekawe jest to, że wszystkie trzy miały założone w mózgu jakieś filtry na dzwoniący telefon, który NONSTOP napieprzał przez bite 2 godziny jak tam byliśmy i nikt go ani razu nie odebrał.
Wysyłają nas do innego budynku. Tam znowu wypełniamy identyczny kwit co poprzednio (!) i dostajemy najbliższy termin na 8 października, spoko - to już za miesiąc.
A to niby stolica europejskiego kraju, pewnie jeden z lepiej dotowanych szpitali , strach się bać co się dzieje gdzieś w mniejszych miejscowościach.