środa, 21 października 2015

Happy birthday

Każdy się kiedyś urodził i może nie każdy ma z tym dniem problem, ale ja najwyraźniej mam :)
Czemu. No bo taki dzień to moje wewnętrzne święto, nie chodzi o to, że celebrowane jakoś specjalnie, ale pamiętane. I rozpamiętywane... tak, bo rozpamiętywanie przychodzi mi nad wyraz dobrze.
Budzę się rano , i - pyk - już włącza się świadomość że to TEN dzień.
Za chwilę przychodzi sms od matki, która budzi się pewnie o czwartej albo piatej rano...
Następne jest leniwie wymruczane i zaspane "wszystkiego najlepszego kochanie", gdy budzi się Ta Która Kocha Najbardziej :) Teoretycznie wszystko jest w porządku...
I tylko ... co roku mniej tych życzeń.
Siostra , po odczytaniu w kalendarzu , zadzwoni z jakimiś usprawiedliwieniami, Najlepszy Szwagier - mimo, że jedyny  - wiadomo, nie rodzina. Kochanki, kiedyś zawsze hurtem w pogotowiu,  też gdzieś na przestrzeni lat powymierały... ;)
Nikt,  mimo zaproszenia nie przyjdzie - bo cośtam. Nikt nie przyjdzie nawet w weekend, bo też cośtam , a nawet CośtamBARDZIEJ. A nawet : BardziejNiżNajbardziejszeBardziej! Koledzy/ów dwóch niby pamiętają, ale już tylko takie pierdupierdu przy obiadku,  zamiast konkretnego pójścia w miasto i złojenia na mieście paru flaszek, jak za starych dobrych czasów.
Więc... tak sobie.
Ale da się to przeżyć.
No - jednego się nie da...
Zastanawiam się teraz często , ile razy ja nie złożyłem życzeń swojej matce czy ojcu - pewnie wiele razy. Mając mniej niż 30 lat jakoś te daty były nie zapamiętania!  Poza tym myśl, że ktoś inny (czyli zwykle Siostra) pamięta i życzenia składa, zwalniała od pamięci. Teraz wszyscy amnestyczni mają lepiej, bo są fejsbuki, są telefony, są samoprzypominające kalendarze itd.
Więc w każdym razie - jeśli , mamo lub tato, w przeszłości zapomniałem kiedyś o Waszych urodzinach, to naprawdę przepraszam i rozumiem.
Bo moje uzbrojone w ajfony za chwilę dorosłe dziecko  -  też pamiętać dzisiaj już nie chciało.
A historia, ta która lubi się powtarzać, siedzi i rechocze się na głos z głupich emocjonalnych podnieceń :)




wtorek, 8 września 2015

Służba zdrowia

O naszej kochanej służbie zdrowia napisano już chyba wszystko, ale rzadko z niej korzystam więc może dlatego moje zdziwienie jest większe jak takie rzeczy widzę jakie dzisiaj nas spotkały.

Miejsce : Przychodnia Przyszpitalna Warszawskiego Szpitala dla Dzieci.
Wkraczamy zmoczeni deszczem do ładnego budynku, widać że wszystko odnowione , nowoczesne kaloryferki, świeże korytarze, jasno czysto pięknie. Troche nie pasują do tego jakieś stare pudełka po lekach stojące na parapetach, w których trzymane są karty pacjentów, normalnie to się załatwia przez jakieś regały. Rejestrujemy się do ortopedy wypisując jakiś zbędny kwit i idziemy pod gabinet. Jako że mamy na 13:00 a jest 12:55 , więc pewnie zaraz wejdziemy. Pod gabinetem stado ludzi, pytam kto do ortopedy - wszyscy... hm... No i zaczyna się :
lekarza jeszcze nie ma, więc ci co mieli wizytę na 11:00 siedzą tu od dwóch godzin , może niedługo przyjdzie, bo pewnie robi jakieś operacje.
Usiąść nie ma gdzie, bo nikt nie przewidział takich spiętrzeń.
Powiesić kurtek nie ma gdzie, ukryte trzy wieszaczki odkryję dopiero po godzinie.
Ludzie jacyś dziwni, pytamy kto ostatni to nikt nie odpowiada, a najgłośniej w tej kolejce gardłuje kilkunastoletnia smarkula o kulach, widać że tu pomieszkuje na oddziale szpitalnym, że tu się wchodzi jak się chce. Nosz k... "jak się chce" ?  Nikt nic nie wie.
Nabrałem takiej chęci wyjścia, że tylko litość nad Gabą mnie tam zatrzymała, bo normalnie pieprznąłbym drzwiami i uciekał jak najdalej.
Łaskawy doktor Zbiewski nawiedził nas kwadrans po pierwszej, więc już o 14:45 wchodziliśmy do gabinetu. Oczywiście kolejność wchodzenia była na słowo honoru, ktoś mówił że ma na 12:40 i wchodził jak wyszedł ten co miał na 12:20. Pewnie wcisnąłbym się wcześniej gdybym powiedział że jestem na 12:38.
No dobra, ale weszliśmy. Pan doktor nawet na nas nie spojrzał, siedzi i pyka w klawiaturkę, coś drukuje, wkłada jakieś kwity do koperty, po chwili pyta o nazwisko, znowu pyka w klawiaturę , znowu drukuje. Pyta o co chodzi, mówimy , dajemy USG, nawet nie fatyguje się żeby cokolwiek obejrzeć (niby racja, po co , skoro gołym okiem nie widać, ale dla zasady przynajmiej mógłby się wysilić i pozginać to kolano , poruszać udem), i zaczyna nawijać jakimś medycznym slangiem z którego zrozumiałem tylko że "zapalenie kaletki krętarza bocznego/większego w biodrze" (?!?) oraz jakieś "przyparcie boczne rzepki".  Żeby to jeszcze mówił do mnie, ale on po prostu kuźwa recytował jakiś medyczny podręcznik dla chirurgów ortopedów, jak karabin.
Powiedziałem, że chcielibyśmy to rehabilitować , więc odparł że jak najbardziej, i że jak nie pomoże to operacja.  W ogóle sprawiał wrażenie jakby takich kolan robił dziennie kilkanaście albo i więcej , co pewnie było prawdą. Dał zwolnienie z wuefu na prawie dwa miesiące, kazał przyjść po rehabilitacji i do widzenia. Czas wizyty 5-10 minut.
Na recepcji chcemy się zarejestrować na rehabilitację, ale akurat trzeba poczekać, bo pomimo że plączą się tam trzy baby to pracuje tylko jedna, druga siedzi przyklejona do jakiegoś pasjansa albo kulek na komputerze,a trzecia miota się bez sensu. Ciekawe jest to, że wszystkie trzy miały założone w mózgu jakieś filtry na dzwoniący telefon, który NONSTOP napieprzał przez bite 2 godziny jak tam byliśmy i nikt go ani razu nie odebrał.
Wysyłają nas do innego budynku. Tam znowu wypełniamy identyczny kwit co poprzednio (!) i dostajemy najbliższy termin na 8 października, spoko - to już za miesiąc.
A to niby stolica europejskiego kraju, pewnie jeden z lepiej dotowanych szpitali , strach się bać co się dzieje gdzieś w mniejszych miejscowościach.


czwartek, 13 sierpnia 2015

Pierwsza noc

Obserwowanie nieba , a w szczególności perseidów jest bez sensu, wszystko jest za daleko i chujowo widać (zwłaszcza z moim wzrokiem).
Tak mi wydawało.
Ale leżę teraz na dachu Krówki ,  na łące na skraju lasu  ktora kiedyś była polem, a wkrótce będzie łąką z własną chałupą , wędzarnią, altaną i wszystkim co nam przyjdzie do głowy. No dobra, zeszlo mi powietrze z materaca, ale mam siennik z leżaka , do tego 2 śpiwory więc twardo nie jest, na wykladach na WACie na podłodze spało się twardziej.
I te perseidy to nie ściema kolesia z Kopernika, na własne kaprawe oczy widziałem jak na wprost przeleciał taki warkocz, że aż mi się gęba otworzyła.
Zdjęcia brak, bo nowy tel leży u szefowej w szufladzie, a tym co mam to się nie da.
Jak tak się zastanawiam, to chyba moja pierwsza noc kompletnie pod golym niebem, w samym junglepacku. Ahoj przygodo na stare lata ;) 
Dzisiejszy dzień - 9/10 , pomimo że zjebałem się jak reks przy wykopywaniu swidra z wiertnicy Stihla  (zakopalem toto na metr głęboko i już wyjść nie chciał, musiałem szpadlem wyfedrować regularne stanowisko strzeleckie piechura).